Pensjonaty Wisełka tel 771046507

Strona główna

Pensjonaty Wisełka tel 771046507

Pokoje:
2 os 190zł osoba
3 os 90 zl osoba
4 osobowy 170 zl osoba

Posiadamy:
grill na posesji
odnowa spa
od plaży
3km
Apartamenty
kuchenka gazowa
kuchenka
czajnik bezprzewodowy
pełne wyzywienie

Wisełka 000042136
Paweł Michalski

Tematyka:


Polecamy również:

Z rezygnacja pomyslalam, ze nie wybrne z tego. Zadawal pytania w sposob bezwzglednie wymagajacy odpowiedzi, mnie zas wychodzilo zupelnie co innego, niz sobie zyczylam. Poddalam sie. - Niech pan odda te szmate - powiedzialam, wyjmujac mu z reki apaszke Basienki. - zeby potem nie bylo, ze trzymaly pana jakies czynniki materialne. Gdybym chciala wytlumaczyc panu, o co mi chodzi, w sposob zrozumialy i w miare moznosci dyplomatycznie, musialabym gledzic godzine. A przysiegne, ze pan nie ma czasu! - A gdyby pani sprobowala niedyplomatycznie...? Niepojetym dla mnie sposobem ruszylismy dalej na te przechadzke razem. - Dziwie sie, ze chce pan wyjasnic te wszystkie brednie, ktore mi sie wyrwaly - powiedzialam z niesmakiem. - Nie wszystko panu jedno? - Nie. Jezeli ktos mowi do mnie zaskakujace brednie... Przepraszam, nie chcialem byc niegrzeczny, ale pani sama tak to okreslila... to musze poznac ich przyczyny i cel. Lubie zrozumiec zachodzace wokol mnie zjawiska. - Bardzo uciazliwe upodobanie. Ma pan za duzo czasu. - Przeciwnie, mam za malo czasu. - To co pan, w takim razie, robi na tym skwerku? - Usiluje wydrzec z pani wytlumaczenie rzadko spotykanej reakcji na odzyskanie zgubionego przedmiotu. Zdenerwowal mnie ten upor. - To nie byla reakcja na przedmiot, tylko reakcja na pana - powiedzialam z irytacja. - Co pan sobie wyobraza, ze ja sobie wyobrazam, ze pan nie wie, jak pan wyglada?!... Jak bylo do przewidzenia, zglupialam do reszty i wyglosilam wszystko to, od czego z najwieksza starannoscia usilowalam sie powstrzymac. Ciezkiej pretensji, nie wiadomo, do niego czy do losu, nie staralam sie nawet ukrywac. - No dobrze - zgodzil sie. - Zalozmy, ze ma pani racje, chociaz moim zdaniem bardzo pani przesadza. Ale nie rozumiem, w czym pani przeszkadza moj wyglad. - W czepianiu sie pana - wyjasnilam. - Nie moge sie czepiac czlowieka, ktoremu nosem wychodza czepiajace sie go kobiety. Dla mnie jest pan nieopisanie atrakcyjny w zupelnie innym sensie. Od tego innego sensu skolowacialam calkowicie, bo uswiadomilam sobie, ze nie moge mu zdradzic ani swoich spostrzezen, ani przyczyn, dla ktorych taki facet jak on jest dla mnie bezcenny. Moja namietnosc do sensacji, zagadek i tajemnic musiala pozostac nieuzasadniona, bo jakze mialam mu powiedziec, ze ja to wszystko pisze, ja nic nie pisze, ja jestem Basienka, uzeram sie z mezem i robie wzory na tkaniny! Nieslychanie trudno bylo go zbic z tematu, na domiar zlego podobal mi sie coraz bardziej, odnosilam wrazenie, ze ja mu sie podobam coraz mniej, sobie podobalam sie rowniez coraz mniej i ogolnie biorac zapadlam sie w jakies grzezawisko umyslowe, z ktorego wydobyc mnie juz nie mogla zadna ludzka sila. - Z tego, co pani mowi, wynika, ze lubi pani tajemnicze wydarzenia - powiedzial tonem, w ktorym dawal sie wyczuc jakby odcien nagany. Zdziwilo mnie to, a jeszcze bardziej mnie zdziwilo, ze z tego, co mowie, w ogole dla niego cos wynika. - Lubie - przyswiadczylam. - A pan nie? - Nie. Nie widze w nich nic przyjemnego. Zazwyczaj bywaja bardzo meczace. - Mozliwe, ale meczyc sie tez lubie. To sie nawet szczesliwie sklada, bo przez cale zycie spotykaja mnie rozmaite sensacyjne idiotyzmy, nieznosne dla normalnych ludzi. Jest to tak nagminne, ze zbyt dlugi spokoj zawsze mi sie wydaje podejrzany. - I jeszcze pani malo? Jeszcze ma pani nadzieje na wiecej? - Oczywiscie! Rozrywek nigdy za wiele, a spokojne zycie odbiera mi inwencje i dobry humor. - Wyglada pani na osobe, ktorej nigdy nie brakuje inwencji i dobrego humoru... - Skad pan wie, jak wygladam, skoro widuje mnie pan tutaj po ciemku? - A skad pani wie, jak ja wygladam? Poza tym wystarczy zamienic z pania kilka slow, zeby rozpoznac pewne pani cechy nawet w egipskich ciemnosciach. Rzadko sie spotyka osoby tak pelne zycia jak pani. - Mowi pan to w taki sposob, jakby uwazal pan to za gigantyczna wade - zauwazylam krytycznie. - Aktywnosc charakteru zawsze wydawala mi sie zaleta. - Mnie rowniez. Mozliwe, ze dostrzegla pani w moim tonie pewna dezaprobate, bo mowiac to, myslalem rownoczesnie o sposobach wydatkowania takiej energii i aktywnosci. Sposobach, ktore prowadza niekiedy do dosc ponurych rezultatow... Mialam wrazenie, ze w kotlujacy sie we mnie chaos wdarlo sie nagle jakies ostrzegawcze swiatlo. Anna nie s³ysza³a skrzypniêcia drzwi. Mimo kilku godzin snu czu³a teraz wiêksze znu¿enie ni¿ z rana po Ÿle przespanej nocy. Obudzi³a siê o wczesnym zmierzchu. Z pocz¹tku, zaskoczona pe³nym, porywistym szumem wiatru, ujrzawszy w g³êbi za oknem zarys p³ota i drzewo o czarnych, gn¹cych siê ga³êziach, nie mog³a zorientowaæ siê, gdzie siê znajduje. Nie zd¹¿y³a siê jeszcze przyzwyczaiæ do tej du¿ej, obcej izby tak ró¿nej od pokoju, który ostatnio zamieszkiwa³a. Gdy o podobnej godzinie budzi³a siê w Warszawie, widzia³a przez zmêtnia³¹ szybê ¿a³oœnie obwis³¹ rynnê, dalej obdrapan¹ œcianê pe³n¹ jakichœ niepotrzebnych gzymsów i ozdób, w¹t³ych balkoników i okien przybranych wiotkimi firankami, jeszcze wy¿ej czarny, wilgotny, gêsto po³atany dach, smêtne dymniki uwik³ane w pajêczynowe nitki drutów radiowych, a nad tym wszystkim doskonale zharmonizowany z ca³oœci¹, w bezruchu zastyg³y, jakby ze starej ilustracji wyciêty p³at nieba. Gdy nadchodzi³ przedwczesny zmierzch brzydkich dni, a drobny deszczyk zacina³ z ukosa, wówczas dymniki szamota³y siê apatycznie, potem z rosn¹cym mrokiem zapada³ ospa³y spokój, tylko wiatr uwiêziony pomiêdzy murami be³kota³ ptrzyt³umionym oddechem. Tak w ci¹gu wielu miesiêcy z¿y³a siê z tym obrazem, ¿e nim zd¹¿y³a teraz podnieœæ powieki, by³a pewna, ¿e taki w³aœnie widok narzuci siê jej oczom. Pomyœla³a, ¿e bêdzie musia³a zaraz ubraæ siê i wyjœæ na ulicê. Zaczê³a siê nawet zastanawiaæ, czy nie powinna zmieniæ dzielnicy. Mo¿e jeszcze raz spróbowaæ œródmieœcia? Mo¿e... Westchnê³a ciê¿ko. Gdyby¿ mo¿na by³o schroniæ siê przed tym wszystkim w sen d³ugi i twardy! Ale kiedy po chwili zda³a sobie sprawê, ¿e nie jest ju¿ w Warszawie - nie odczu³a ulgi. Dochodzi³a pi¹ta. Za godzinê - obliczy³a szybko - powinien przyjœæ kierownik poczty. Znowu bêdzie kl¹æ dogorywaj¹c¹ ¿onê... Usiad³a na ³ó¿ku, wsunê³a stopy w rozdeptane pantofle. W pokoju by³o zimno, powietrze przesi¹kniête wilgoci¹ czyni³o ch³ód obœlizg³ym i lepkim. Dr¿¹c narzuci³a szlafrok, pamiêtaj¹cy jeszcze lepsze czasy, i podesz³a do toalety. Spojrzawszy w lustro wzdrygnê³a siê. Nie mog³a patrzeæ na siebie bez wstrêtu i przestrachu. Ostatnich kilka lat zmieni³o j¹ zupe³nie. Czasami mia³a wra¿enie, ¿e ka¿dy dzieñ, ka¿da noc posuwaj¹ naprzód dzie³o zniszczenia. Nieraz, budz¹c siê z rana, zrywa³a siê poœpiesznie z ³ó¿ka i jeszcze oczy maj¹c zaklejone od snu bieg³a do lustra. Staroœæ, nie, to nie o ni¹ chodzi³o. Niedawno przekroczy³a wprawdzie czterdziestkê, ale nie wygl¹da³a na wiêcej lat. Zmienia³ siê tylko wyraz jej twarzy. Zarys policzków niegdyœ tak delikatny uleg³ trywialnemu zniekszta³ceniu, usta uk³ada³y siê w przykry, wyuzdany grymas, oczy straci³y wilgotny, miêkki po³ysk. Anna czu³a, ¿e mo¿e teraz poci¹gaæ tylko natury chore i instynkty znieprawione. Ruchy, g³os, spojrzenia, wszystko w niej obiecywa³o rozpustê. Ile te¿ razy w oczach zaczepionych mê¿czyzn wyczyta³a nietajony odruch niechêci i pogardy. Ile brutalnych s³ów uderzy³o j¹ po twarzy. Brali j¹ ci, których twarze by³y napiêtnowane tymi samymi znakami, co i ona. Pêka³y wobec niej wszelkie hamulce, opada³y maski, rwa³a siê w strzêpy uk³adnoœæ, brudny k³¹b ciemnych po¿¹dañ wycieka³ z obna¿onych cia³, jak ropa p³yn¹ca z odkrytej rany, opl¹tywa³ j¹ swymi mackami, ch³on¹³ i ssa³. Czasami przecie¿ znajdowa³a nieomal zadowolenie w tym ca³kowitym i ostatecznym upadku. Czegó¿ mo¿e od ¿ycia ¿¹daæ kobieta, od której nikt prócz krótkiej, nêdznie op³aconej chwili rozkoszy niczego nie ¿¹da³? Nic siê ju¿ staæ nie mo¿e. Zanurzyæ siê wiêc w tê otch³añ, dosiêgn¹æ samego dna... Z pewnoœci¹ tê w³aœnie zgodê na wszystko wyczyta³ w jej oczach Litowka, gdy bawi¹c przed tygodniem w Warszawie spotka³ Annê na ulicy. Zdziwi³a siê, ¿e j¹ pozna³. Nie widzieli siê bowiem od dziesiêciu przynajmniej lat. Stare dzieje ich ³¹czy³y. Anna ¿y³a wówczas z Morawcem, stawiaj¹cym pierwsze dopiero kroki na terenie stolicy. Roman by³ m³odszy od niej, mia³ dwadzieœcia kilka lat, podoba³ siê jej. Poci¹ga³ zuchwa³oœci¹, mocnym cia³em, energi¹ i tym nieuchwytnym b³yskiem w oczach, który raz wydawa³ siê cierpieniem, a kiedy indziej okrucieñstwem. Niewiele wiedzia³a o jego przesz³oœci, prawdopodobnie burzliwej. Nie zwierza³ siê. Bêd¹c szczerym, umia³ jednoczeœnie byæ skrytym. Czym obecnie zajmowa³ siê - to oczywiœcie wiedzia³a. Ale to jej nie przeszkadza³o. Wierzy³a, ¿e nie potknie siê. Pieniêdzy mia³ zawsze pod dostatkiem. Mia³a wiêc spokój, nie potrzebowa³a chodziæ po ulicy. W tym w³aœnie czasie zacz¹³ organizowaæ pierwsz¹ swoj¹ bandê. Pewnego dnia przyprowadzi³ nowego kompana. By³ to Litowka. Przez kilka miesiêcy chodzili na roboty razem i z kilku jeszcze innymi. Wkrótce jednak skoñczy³o siê to wszystko. Po jakiejœ grubszej, krwawo zakoñczonej historii, banda Morawca rozpad³a siê. Paru ch³opców wpad³o, dostali po kilkanaœcie lat ciê¿kiego wiêzienia. O Romanie s³uch przepad³, znikn¹³ równie¿ Litowka. Spotka³a go teraz dopiero. Dowiedzia³a siê, ¿e Morawca od lat ju¿ nie widzia³ i w ogóle od dawna, zaraz po tamtej awanturze, skoñczy³ z podobnymi sprawami. Nie mia³ ochoty - wyzna³ - powêdrowaæ na szubienicê albo zgin¹æ w wiêzieniu. Nie ka¿dy ma szczêœcie Morawca. Zreszt¹ i jego szczêœcie mo¿e pewnego piêknego dnia prysn¹æ jak ³upinka. Osiedli³ siê wiêc na kresach wschodnich. Za pieni¹dze, które mu przypad³y z podzia³u, wybudowa³ domek i urz¹dzi³ sklep z wyszynkiem. Zadowolony by³ ze spotkania. Zaproponowa³ kolacjê. Wst¹pili razem do baru. Ci¹gle opowiada³ o sobie. Ale Anna wiedzia³a, ¿e szybko zda³ sobie sprawê z sytuacji, w jakiej siê znajdowa³a. Nie potrzebowa³ pytaæ. By³a ubrana Ÿle, z tandetn¹ jaskrawoœci¹, wygl¹da³a niezdrowo; chciwie, choæ stara³a siê panowaæ nad ruchami, rzuci³a siê na gor¹ce jedzenie. Gdy zaproponowa³ jej wyjazd do Sedelnik w wiadomym celu, zgodzi³a siê bez wahania. Nie mia³a nic do stracenia. W Warszawie czeka³ j¹ tylko g³ód, a w niedalekiej przysz³oœci szpital lub ¿ebranina pod koœcio³em. Ludzie? Uwa¿a³a, ¿e wszêdzie s¹ ci sami, jednakowo Ÿli. Wola³a wiêc o tym nie myœleæ, cieszyæ siê raczej, ¿e znajdzie siê na wsi. W pewnym momencie, gdy wyobrazi³a sobie pola i lasy, krajobraz od tylu lat nie widziany, od¿y³y w niej bolesnym szarpniêciem najdawniejsze, rzadko budz¹ce siê wspomnienia. Wychyn¹³ z mroku czasu dzieñ wycieczki za miasto: niebo pogodne, zapach jaœminów, droga ocieniona roz³o¿ystymi kasztanami, ujadanie psów... Ale zanim poœród tych migawkowych obrazów zd¹¿y³a zarysowaæ siê œmiej¹ca twarz Paw³a Siechenia, Anna wsta³a szybko i spyta³a Litowkê: zatañczymy? W jego ciê¿kich ramionach, pod gor¹cym, wódk¹ przepojonym oddechem, znik³y oczy i usta, których wola³a z odleg³oœci lat nie wywo³ywaæ. Zabawili w lokalu do póŸnego wieczora. Potem, po nocy, która da³a Annie przedsmak tego, co j¹ czeka w Sedelnikach, wyjechali. Wieœ powita³a j¹ wichur¹ i deszczem