|
|
|
|
Domek letniskowy Mechelinki od plazy 400m
Domek letniskowy Mechelinki Grubińska Posiadamy noclegi 5 osobowy.
Cena 120 os. Obiekt: dyskoteka, basen, lozko dwu osobowe, balkon, łazienka, śniadania i obiadokolacje, do plaży 500m. Domek letniskowy Grubińska - 170573254 Mechelinki ul.Leszno 130 Tematyka:
| ||
|
|
||
|
Na pamitk, e w czasie wojny si urodzi), Dobrze, mj Tadeuszu, e si dzi nagodzi Do domu, wanie kiedy mamy panien wiele. Stryjaszek myli wkrtce sprawi ci wesele; Jest z czego wybra; u nas towarzystwo liczne Od kilku dni zbiera si na sdy graniczne Dla skoczenia dawnego z panem Hrabi sporu; I pan Hrabia ma jutro sam zjecha do dworu; Podkomorzy ju zjecha z on i z crkami. Modzie posza do lasu bawi si strzelbami, A starzy i kobiety niwo ogldaj Pod lasem, i tam pewnie na modzie czekaj. Pjdziemy, jeli zechcesz, i wkrtce spotkamy Stryjaszka, Podkomorstwo i szanowne damy". Pan Wojski z Tadeuszem id pod las drog I jeszcze si do woli nagada nie mog. Soce ostatnich kresw nieba dochodzio, Mniej silnie, ale szerzej ni we dnie wiecio, Cae zaczerwienione, jak zdrowe oblicze Gospodarza, gdy prace skoczywszy rolnicze.Na spoczynek powraca. Ju krg promienisty Spuszcza si na wierzch boru i ju pomrok mglisty, Napeniajc wierzchoki i gazie drzewa, Cay las wie w jedno i jakoby zlewa; I br czerni si na ksztat ogromnego gmachu, Soce nad nim czerwone jak poar na dachu; Wtem zapado do gbi; jeszcze przez konary Bysno jako wieca przez okienic szpary I zgaso. I wnet sierpy gromadnie dzwonice We zboach i grabliska suwane po ce Ucichy i stany: tak pan Sdzia kae, U niego ze dniem kocz prac gospodarze. "Pan wiata wie, jak dugo pracowa potrzeba; Soce, Jego robotnik, kiedy znidzie z nieba, Czas i ziemianinowi ustpowa z pola". Tak zwyk mawia pan Sdzia, a Sdziego wola Bya ekonomowi poczciwemu wit; Bo nawet wozy, w ktre ju skada zaczto Kop yta, niepene jad do stodoy; Ciesz si z nadzwyczajnej ich lekkoci woy Maz chodzil po pokoju, szarpiac wlosy na glowie obiema rekami. - Na pokaz, na pokaz... - pomrukiwal. - Co? Na pokaz...? Czekaj, dlaczego na pokaz? - Coraz bardziej mi sie wydaje, ze to nie dla ciebie i dla mnie ta maskarada, tylko dla kogos innego. Na co on ci kladl nacisk? zeby jezdzic razem do Ziemianskiego i zebys sie wyglupial w samochodzie. Cos robil w lodzi? - Nic, zlozylem zamowienie na tafte. Moglem wyslac poczta, ale kazal mi jechac i poogladac... - No widzisz. A mnie kazali latac na spacery. I robic zakupy. Ktos musial nas widziec... - Zagladal ci kto w zeby na tych spacerach? - Nie wiem. Ale debil mi patrzyl na rece... A za kazdym razem, jak jechalismy do Ziemianskiego, ktos tam sie petal. Raz taksowka z pijakiem, raz facet na motorze... Maz zatrzymal sie przy stole, wypil resztke kawy, popatrzyl na mnie roztargnionym wzrokiem i znow zaczal chodzic. - Owszem, w tym cos jest - przyznal. - Na pokaz, mozliwe, zeby wszyscy mysleli, ze jestesmy w domu. Ale to nie to, to jeszcze nie to... Tys przedtem powiedziala cos waznego i tak mi jakos zaswitalo... Nie pamietasz, co powiedzialas? - Rozmaite rzeczy. Najbardziej mnie niepokoi to, ze ukryli wzajemne powiazania... - Czekaj, czekaj... wlasnie, ze stanowia jedna spolke... Nie, nie to. Ulokowali tu nas zamiast siebie... O, wlasnie! Wladowali tu nas zamiast siebie, podstepnie i pod falszywymi pozorami! Po jaka cholere? Ten dom ma wyleciec w powietrze, czy jak? Nagla jasnosc eksplodowala mi w umysle. Zrobilo mi sie zimno w srodku i cos mnie zaczelo dlawic. - Gdzie jest paczka dla kacyka? - spytalam gwaltownie. Maz zatrzymal sie jak wryty, spojrzal na mnie i znieruchomial z pazurami we wlosach. - Lezy w moim pokoju. Bo co...? - Oni przeciez wiedzieli, ze jej nigdzie nie zaniesiemy, prawda? Zostawimy w domu. A jezeli w tej paczce jest cos... Nie mowie zaraz bomba, ale cos szkodliwego... O rany boskie, czy ja wiem, wydziela cos, promieniuje... W powietrzu powialo przerazliwa zgroza. Maz wyraznie zbladl. - Rad...? - wyszeptal ochryple. Podnioslo mnie z fotela. - Nie wiem. Moze wybuchnie i zmiecie z powierzchni ziemi cala te chalupe albo co... Robi sie takie rzeczy, chlopi podpalaja cale wsie, odszkodowanie, tu jest polisa PZU, moze im chodzi o fikcyjna smierc... Maz odzyskal zdolnosc ruchu. Nie sluchajac dalej moich apokaliptycznych przypuszczen, runal na schody, omal nie wyrywajac drzwi z zawiasow. Rzucilam sie za nim. Wpadlismy do jego pokoju i zastyglismy oparci o biurko, patrzac na lezaca na nim paczke jak na straszliwego, jadowitego gada, chwilowo pograzonego w lekkiej drzemce. Po krotkiej chwili hipnotycznego transu, tknieci nagle ta sama mysla, rownoczesnie pochylilismy sie nad biurkiem, nasluchujac w napieciu. Nic nie bylo slychac, paczka lezala niejako w milczeniu, nie wydajac z siebie zadnych dzwiekow. - Bomba powinna cykac... - wyszeptalam niepewnie. - Ciezkie to jak cholera... - odmruknal maz. Czas jakis trwalismy w bezruchu, bez slowa, byc moze myslac, chociaz nie bylo to takie pewne. Sluszniej byloby mniemac, iz proces myslenia rowniez ulegl w nas zahamowaniu. - Co robimy? - spytalam wreszcie dramatycznym szeptem. - Trzeba sie zastanowic - odszepnal niespokojnie maz. - Chyba musimy to obejrzec... - Rozpakowac...? Kiwnal glowa, tepo wpatrzony w upiorny przedmiot, i dalej trwal w bezruchu. | ||